“Call of Duty 4: Modern Warfare” - recenzja |
Paweł Opydo “Skok na kasę” - to pierwsze, co pomyślałem, kiedy dowiedziałem się, że akcja kolejnej części Call of Duty przeniesie się z okresu II Wojny Światowej do czasów współczesnych. Nadal tak uważam, choć nie wpływa to na ocenę gry. CoD: Modern Warfare mógł się równie dobrze nazywać po prostu Modern Warfare. Bo to trochę tak, jakby Czterej Pancerni 2 opowiadała historię czterech kowbojów na Dzikim Zachodzie.
Zostawmy jednak tę sprawę. Gra nazywa się jak się nazywa, ale i tak bardzo dużej styczności z poprzednikami nie miałem, więc postaram się ocenić ją jako produkt zupełnie niezależny. I tu mam niemały problem.
CoD4 to jakby dwie połączone gry. Ciekawostka polega na tym, że jedna z nich jest perfekcyjna i doskonała, a druga średnia…
Call of Duty 4: Modern Warfare - gra z serii Call of Duty. Ukazała się 6 listopada w USA oraz 9 listopada w Europie (także w Polsce), na konsolach: Xbox 360 i PS3 oraz na PC. W odróżnieniu od pozostałych części serii, ta odsłona nie dotyczy II wojny światowej, ale współczesnego (fikcyjnego) konfliktu. (Wikipedia)
Dwa w jednym
W Modern Warfare wcielamy się w dwie postaci. Obie są szeregowymi żołnierzami, nie żadnymi dowódcami. Gra nimi mocno się różni. Jako komandos z brytyjskiego SAS atakujemy w małej grupie posterunki wroga w byłym ZSRR. Jako amerykański marine uczestniczymy w regularnej wojnie na terenie fikcyjnego państewka na Bliskim Wschodzie.
Gra tą drugą postacią jest doskonała. Mimo całej liniowości gry (o tym później) mamy wrażenie uczestniczenia w wielkim konflikcie. Walczymy w mieście, na horyzoncie widzimy słupy dymu, w oddali słychać wybuchy. Wokół trwa regularna bitwa. Nad naszymi głowami latają pociski, obok wybuchają granaty, w powietrze wznosi się pył i piasek. Klimat wgniata w ziemię, a grywalność jest nie do opisania.
Granie żołnierzem SAS jest… średnie. Niby wszystko ok, ale jakoś nie chwyta mnie za serce. Po pierwsze ciężko mi sobie wyobrazić, że nawet najlepiej wyszkolona piątka komandosów bez pardonu rozwala całą wioskę pełną zbirów. Po drugie brakuje tej atmosfery, chaosu bitwy.
Najgorsze jest jednak to, że pierwszy akt gry (w sumie są trzy) kończy się… Śmiercią naszego amerykańskiego marine! Jest to wprawdzie scena szalenie efektowna (powiem tylko, że przyjdzie nam oglądać wybuch bomby atomowej), ale przez pozostałe dwa akty jesteśmy niejako skazani na „tę gorszą” część gry.
Od czasu do czasu występują też misje „przerywnikowi” – a to strzelamy z działka lecąc helikopterem, a to bombardujemy niedobrych ludzi z samolotu.
Problem w tym, że przejście gry zajmuje mniej-więcej sześć godzin. Mamy kilka poziomów trudności, a potem zabawny tryb zręcznościowy (gra na czas, na punkty etc.). Co z tego jednak, skoro…

…gra jest totalnie liniowa!
Niby nic nowego – każdy CoD był. Ale w obecnych czasach przywiązywanie się do tej tradycji jest nieco niefortunne. Głupio wygląda sytuacja, w której wystarczy stanąć w odpowiednim miejscu i poczekać, aż wszystko ucichnie. Dopiero kiedy zrobimy krok naprzód, rzuci się na nas banda złoczyńców :)
Z jednej strony dzięki temu gra jest „filmowa” – pełno tu zaskakujących elementów, efektownych scen. Z drugiej jednak strony nawet pomiędzy tymi momentami wszystko jest dokładnie zaplanowane, i mamy niewielkie pole manewru. Podczas walk w mieście nawet strasznie to nie przeszkadza – mamy sporo przejść, różnych dróg, chociaż wszystkie prowadzą w te same miejsca. Gorzej w misjach SAS, gdzie na niby-otwartym terenie chodzimy jak po zamkniętych korytarzach.
Przez to wszystko gra cieszy tylko za pierwszym razem. Za drugim jest już po prostu nudna. Sześć godzin rozgrywki nie wystarcza, żeby zapomnieć co było w pierwszych etapach, więc w zasadzie znamy je na pamięć.
Technikalia
Jest doskonale. Grafika jest świetna, a można grać nawet na słabszym sprzęcie. Tu trzeba pochwalić twórców – gra wygląda i chodzi świetnie nie tylko na super-pecetach.
Dźwięki są również bardzo dobre. Szczególnie fajnie brzmią okrzyki naszych kompanów, którzy na przykład proszą o osłonę, kiedy ładują broń. Karabiny możemy nawet rozpoznać po wydawanych dźwiękach.
Muzyki niemal nie słyszymy – jest tłem. Czasem jednak zdarzają się tzw. „momenty”, w których z głośników płyną patetyczne utwory doskonale budujące nastrój.

Fifty-fifty
Gdyby gra składała się tylko z misji marines, to nawet gdyby pozostała tak krótką, poleciłbym ją każdemu. Niestety, tych misji jest w sumie tylko kilka, a większość czasu gramy jako żołnierz SAS, co niesie ze sobą o wiele mniejszą grywalność.
Trudno mi ocenić Modern Warfare. Z jednej strony mamy bowiem świetne, doskonałe wręcz misje amerykańskie, a z drugiej solidne, ale nie posiadające moim zdaniem „tego czegoś” misje brytyjskie. Cena gry jest jednak umiarkowana, więc warto – ba, dla fanów strzelanek to wręcz pozycja obowiązkowa.








Wszystkie
