“Piraci z Karaibów: Na krańcu świata” - recenzja |
Paweł Opydo
Na początek od razu zaznaczam, że nie lubię pisać o filmach nie mówiąc o czym piszę - to znaczy bez spoilerów. Stąd - tekst mogą czytać tylko ludzie, którzy już widzieli Piratów z Karaibów: Na krańcu świata, albo osoby, którym poznanie zakończenia nie przeszkadza.
Moje przemyślenia na temat filmu - na pewno wrażenie końcowe jest lepsze niż po drugiej części. Ba, twórcy chyba czytali moją recenzje, bo to co mnie najbardziej denerwowało zostało usunięte. Mówię mianowicie o rozpoczynaniu niezliczonej ilości wątków i ich nie kończenie.
W trzeciej części serii tak naprawdę prawie wszystkie wątki znajdują ujście, a jednocześnie koniec pokazuje, że możemy spodziewać się kolejnych filmów. Jack kończy jak zaczął - znów porzucony przez załogę, w małej łódce - ale za to z mapą do Źródła Życia.
Zupełnie odwrotnie oceniam zakończenie wątku Elizabeth i Willa. Po zniszczeniu Davy Jonesa, Will - żeby przeżyć - przejmuje jego misję. Staje się nieśmiertelny, ale musi - jako kapitan Latającego Holendra - przewozić ludzi umarłych na morzu w zaświaty. Nie, całe szczęście nie wygląda jak ośmiornica - to, jak się okazało, było karą za niewypełnianie misji przez Jonesa. Za to kruczek w umowie jest taki, że może dobić do lądu raz na 10 lat, na jeden dzień, żeby móc się spotkać z ukochaną.
Wcześniejsze plotki mówiły, że postać Willa, jako mniej popularna niż Jack czy Elizabeth, zostanie w jakiś sposób usunięta z ewentualnych kolejnych filmów serii. Szczerze mówiąc - dla mnie kompletny idiotyzm. Akurat to jest typ filmów, które powinny się kończyć happy endem - a tu takie zakończeniowe dziwadło.
Oczywiście jestem po raz kolejny zachwycony kreacją Johny’ego Deppa i postacią Sparrowa w ogóle. Świetne sceny majaków Jacka - chociaż kiedy w celi rozmawia z samym sobą (a nawet dwoma swoimi kopiami) wygląda to strasznie sztucznie. Nie wiem z czego to wynika, ale wygląda, jakby postaci były wycięte z innej sceny i wklejone do celi…
Reszta aktorów - dobrze, chociaż nie jakoś wyjątkowo. Totalnym fenomenem okazał się za to Keith Richards w gościnnej roli ojca Jacka. Do tego powróciła znana z pierwszej części parka dwóch żołnierzy, którzy tu kończą jako… piraci. Elizabeth po Skrzyni Umarlaka (gdzie bez wyraźnego powodu całuje Jack’a), całuje się z Sao Feng’iem, Norringtonem i próbuje pocałować po raz kolejny Sparrowa - ale ten ją powstrzymuje (co to się porobiło, świat stanął na głowie). Widać dziewczyna nie widzi nic dziwnego w całowaniu kogo popadnie, ale jakoś nie wpływa to chyba na sympatię do tej postaci. Nie wiem skąd taki zabieg scenariuszowy, mogliby raczej dodać do palety postaci jakieś nowe niewiasty - a nie wymyślać, że jedyna ładna dziewczyna w filmie musi przewinąć się przez łapy wszystkich facetów.
Co ciekawe, jeszcze większa część akcji odbywa się na morzu. Inne lokacje można policzyć na palcach jednej ręki. Trochę zabawne wrażenie może robić fakt, że okręty zachowują się jak samochody - mogą skręcać w dowolną stronę, i cały czas mają wiatr w żagle - ale przynajmniej wyglądają ładnie. Pozostałe miejsca akcji - bardzo fajny pomysł z ogromną fortecą piracką zbudowaną ze zniszczonych żaglowców (wyglądających na rozrzucone bez ładu i składu). Inne scenografie wyglądają fajnie, ale nie uderzają oryginalnością.
Sceny komediowe - są świetne, ale nie przesadzone, w przeciwieństwie do poprzedniej części - gdzie akcja z uwięzionym Jack’iem była genialna, ale w sumie przegięta.
Podsumowując - pierwsza część jest genialna. Druga - bardzo dobra, chociaż w porównaniu do pierwszej robi słabe wrażenie. W części trzeciej ogrom rzeczy poprawiono - ale jednocześnie nadal brakuje prostoty fabuły “jedynki”, no i totalnie skopano zakończenie z Willem. Dlatego jednym zdaniem - niewiele brakowało, a film byłby prawie tak świetny jak Klątwa Czarnej Perły.
No i co teraz? Czekamy na Pirates of the Caribbean: The Fountain of Life :)








Wszystkie
